środa, 17 lipca 2013

Rozdział I



     Stałam na łące wśród pięknych kwiatów… Promyki słońca lekko pieściły moją twarz… Biała sukienka, w którą byłam ubrana, powiewała na wietrze… Bose stopy otulała miękka, soczyście zielona trawa… Piękny śpiew ptaków rozbrzmiewał w uszach, by za chwilę ucichnąć. Naraz słońce skryło się za chmurami,
a wiatr zerwał się w potężną wichurę. Nagle… BUM! Co to? Wszystko spowiła ciemność.  Kręciłam się zrozpaczona wokół własnej osi… Krzyczałam… Pomocy, ratunku!!! Nic. Odpowiadała tylko cisza. Wtem z otchłani zaczęły wyłaniać się wielkie, czerwone ślepia i włochate ręce… Powiększały się coraz bardziej
i bardziej… Zbliżały się do mnie… Już, już miały mnie dosięgnąć….

Obudziłam się łapczywie łykając powietrze tak, jakbym właśnie wynurzyła się z wody. Rozejrzałam się po pokoju, było dość ciemno, ale nie tak, jak w śnie. Uspokoiłam się troszkę… to było takie realne. I te oczy, takie wrogie… Już nie mówiąc o rękach, a raczej łapach… Brrrr….
Wstałam z łóżka i poszłam do łazienki, obmyłam twarz letnią wodą, która trochę mnie orzeźwiła.

Usiadłam na chłodnej podłodze, nogi przyciągnęłam do siebie, a głowę oparłam na kolanach. Wiedziałam,
że już nie zasnę tej nocy. A jutro pierwszy dzień w nowej szkole.
Niestety w pobliżu miejsca, w którym zamieszkałam, nie ma ani jednego polskiego liceum, dlatego będę zdana tylko na siebie i mój angielski. Nie czuję się za pewnie z moimi umiejętnościami językowymi. Przecież wakacje zagranicą albo lekcje w szkole to co innego niż codzienne rozmowy z ludźmi, którzy od dzieciństwa używają angielskiego jako języka ojczystego. Mimo, że uczę się go odkąd zaczęłam chodzić do pierwszej klasy podstawówki, mam lekkie obawy...  
Ale już dość myślenia o szkole. Co ma być, to będzie…
Pomyślałam o miejscu, w którym spędziłam dzieciństwo i czas, aż do końca gimnazjum, gdzie zostawiłam Dziadków, znajomych, przyjaciółkę… Polska… Cudowny kraj… Piękna wiosna, lato, jesień , a nawet zima… Teraz zostały mi tylko wspomnienia.  

Otóż mama została skierowana do Instytutu Badawczego w USA, jest naukowcem. Tata, choć nie podobał mu się pomysł z przeprowadzką, znalazł pracę w firmie zajmującej się reklamą ( jest niesamowicie uzdolniony plastycznie, głowę ma zawsze pełną pomysłów) i w końcu przystał na propozycję mamy. A ja… Nie miałam nic do powiedzenia w tej sprawie. Chciałam zamieszkać z rodzicami mojej matki, kochaną Babcią Zosią i wspaniałym Dziadkiem Janem… Przecież mam już 16 lat…  Rodziciele się nie zgodzili, czego nie rozumiałam. Moja siostra, Karolina, została. Niby studiuje weterynarię we Wrocławiu, ma tam chłopaka, ale od Dziadków dzieli ją daleka droga – mieszkają pod Warszawą w małej miejscowości, Garliczkach…

Przypomniałam sobie pożegnanie z Dziadkami na lotnisku.
Babcia płakała i przytulała wszystkich po kolei. Dziadek podszedł do mnie i powiedział:
- Trzymaj się Biedroneczko. – Nazywał mnie tak odkąd tylko pamiętam. – Pamiętaj, że my tu na ciebie czekamy i codziennie o tobie myślimy. Do zobaczenia. – Dyskretnie wręczył mi grubą, starą książkę
i serdecznie przytulił.
Zerknęłam na nią tylko przelotnie. „Najprzeróżniejsze stworzenia świata” – kolejna książka przyrodnicza… Nie zdążyłam się jej dokładnie przyjrzeć, a już tkwiłam w uścisku Babci.
- Do widzenia. – Babcia pocałowała mnie w czoło. – Dzwoń do nas i pisz – dodała.
- Obiecuję, że będę – odparłam. – Kocham was. – Nie wytrzymałam. Z oczu popłynęły mi łzy.
- Co ty tak płaczesz, siostra? – zapytała Karolina.
Podeszłam do niej i mocno się w nią wtuliłam.
- Będę tęsknić – wycedziłam.
Siostra pogłaskała mnie po plecach.
- Ja też. Pamiętaj, co weekend na Skypie. – Wycelowała we mnie palec, nie zanosząc sprzeciwu. - Nie pogardzę również jakimś esemesikiem lub telefonem co jakiś czas. Pisz co u ciebie, może poznasz jakiegoś chłopaka. – Puściła oczko, a ja w odwecie pociągnęłam ją za grubego warkocza. Nie znosiłam, gdy Karola droczyła się ze mną w ten sposób. Dobrze wiedziała, że nie lubię rozmawiać o takich sprawach. - No to pa. – Widać, nie przejęła się za mocno moim atakiem.
- Pa. – W końcu uśmiechnęłam się do niej.
I już po chwili siedziałam w samolocie…
***
- Marysia! Jedziemy z tatą do pracy, śniadanie masz na stole, herbatę sobie zrobisz… Marysia? – Mama weszła do pokoju. – Marysia? Hej, wstawaj. – Spojrzała na mnie z troską. - Spałaś tu? – Ogarnęła wzrokiem łazienkę.
- Która godzina? – Spytałam zmęczonym głosem.
Chyba rozbawiło mamę, że spałam w łazience i że byłam nieprzytomna, bo zachichotała cicho.
- 5:00. Wystarczy jak wstaniesz o siódmej. Chciałam ci tylko powiedzieć co i jak. Dzisiaj jedziesz autobusem liniowym. Będzie czekał obok najbliższego sklepu. Od razu jak wejdziesz powiedz: SZKOŁA. Przystanek jest zaraz naprzeciwko budynku, więc nie będziesz musiała pytać o drogę.
- Jak daleko to jest? – spytałam trochę bardziej rozbudzona.
- Jakieś 5 kilometrów – odpowiedziała. – Dzisiaj mamy taką sytuację, później wymyślimy jakieś inne rozwiązanie. Możesz pojechać rowerem i zostawić go przy sklepie. Albo wyjść odpowiednio wcześnie, żeby dojść pieszo na czas. Powrotny autobus masz o 16:05. Pamiętaj, że tutaj liniowy kursuje tylko jeden. Tylko się nie spóźnij, bo dzisiaj z tatą mamy wyjątkowo długi dzień w pracy i cię nie odbierzemy. Musimy się z wszystkim zapoznać. Będziemy tak około 23:00.
- Ok. – odpowiedziałam. – Jedźcie już, bo się spóźnicie – ponagliłam mamę.
Spojrzała na mnie z obawą.
- Poradzisz sobie. Świetnie umiesz angielski – motywowała mnie.
- Wszystko będzie w porządku – zapewniłam. Chociaż nie byłam wcale tego pewna.
- To pa. Miłego dnia – pożegnała się.
- Kinga, nie ma czasu – tata ponaglił mamę, wchodząc do pokoju. – Na razie. – Przytulił mnie. – Trzymamy kciuki.
- Pa. Udanego dnia w pracy – powiedziałam już sama do siebie, bo rodzice prędko wyszli z domu.
Usłyszałam tylko ryk silników dwóch samochodów, a po chwili nastała cisza. Podniosłam się ociężale
z podłogi. Podeszłam do lustra… I aż krzyknęłam ze strachu… Pod oczami miałam wielkie wory, włosy sterczały na wszystkie strony. Weszłam pod prysznic, umyłam głowę i nałożyłam maseczkę.
Postanowiłam zjeść najpierw śniadanie. Minęłam sypialnię rodziców i dwa pokoje gościnne. Pięknymi drewnianymi schodami zeszłam na parter. Skierowałam się w stronę kuchni. Na małym stoliku stał talerz
z kolorowymi kanapkami. Wyglądały smakowicie – zielona sałata, pomidory, ogórki, żółty ser i twaróg.
- Mmmm… polskie – powiedziałam sama do siebie. Będzie brakowało mi twarogu i polskich warzyw. Zapas, który ze sobą przywieźliśmy, pewnie szybko się skończy, jeśli zostanie pozostawiony na pastwę takiego łasucha jak ja.
Usiadłam przy stole i zaczęłam pałaszować. Rozejrzałam się po kuchni. Była całkiem ładna. Ściany zostały pomalowane stalowo-szarą farbą, a gdzieniegdzie znajdowała się zielono-szara mozaika. Na środku stała wysepka z kuchenką. Meble były wykonane z pięknego drewna, nie umiałam ocenić jakiego, jednak potrafiłam stwierdzić, że z podobnego do tego, co schody. Stolik, przy którym siedziałam stał obok wielkiego okna, z którego widziałam podjazd. Nic ciekawego na dworze się nie działo. A co właściwie mogło się tu dziać? W pobliżu naszego domu nie znajdowało się żadne inne „gniazdko”, nie licząc opuszczonego, nieotynkowanego domu bez okien i drzwi, stojącego z drugiej strony ulicy. Z lewej strony las… Niedaleko łąka. Najbliższe osiedle, gdzie mieszkają ludzie, leży około 5km od The Woods – taką nazwę nosi część miasteczka, w którym mieszkam, mimo, że miejscowość nazwano Forgetmenot. Nie dziwię się nawet, dlaczego - wszędzie las, a miejsce jest bardzo oddalone od osady i centrum.
Myśli tak mnie pochłonęły, że nie zauważyłam nawet, kiedy skończyłam jeść śniadanie.
Już tęskniłam za dziadkami i za przyjaciółką, Kasią.
Od przedszkola byłyśmy nierozłączne. Wszędzie razem. Chętnie spędzałyśmy ze sobą czas, bo świetnie się dogadywałyśmy, pewnie dzięki tym samym zainteresowaniom. Jednak ostatnio była jakaś nieobecna, nie obchodziło ją nic związane z moją osobą, ogólnie wydawała się być ze mną tylko ciałem. Na przerwach siedziała ze mną na ławce, ale całą uwagę poświęcała rozmowie z nową koleżanką, Gośką. Nawet miła
z niej dziewczyna, ale odbierała mi Kasię, więc raczej normalne, że byłam trochę zazdrosna.  Chociaż ewidentnie się od siebie oddalałyśmy, tęskniłam za nią…
No ale nie powinnam już się tym zamartwiać.  
Sprawdziłam godzinę i aż krzyknęłam, było już wpół do ósmej. Niemożliwe!!! O 8:30 pierwsza lekcja. Co ja tak długo robiłam? Wbiegłam szybko do swojej łazienki, była połączona z pokojem – wszystkie sypialnie były tak zaprojektowane. Zmyłam maseczkę. I z ulgą westchnęłam… Worki spod oczu zniknęły. Cud!!! Włosy już prawie wyschły, więc wystarczyło je trochę podsuszyć. Pomalowałam sobie rzęsy. Na usta nałożyłam błyszczyk, po którym i tak za chwilę nie było śladu. Z szafy wyjęłam czarne rurki i podkoszulek, na to założyłam niebieską koronkową bluzkę, przypominającą sweterek, do tego czarne conversy. Wzięłam tylko torbę z książkami i podeszłam do lustra. Długie, falowane czarne włosy ładnie się układały, a ciemne rzęsy podkreślały duże szaroniebieskie oczy.
Wiem, dziwne połączenie, w ogóle nie jestem podobna do rodziców. Mama i Karolina mają brązowe włosy, a tata – czarne. Wszyscy też mają ciemne oczy. Dziadków raczej też nie przypominam.
Nie jestem brzydka, a nawet całkiem ładna.
 Przynajmniej tak twierdzili chłopcy ze starej szkoły, którzy się ze mną umawiali, ale to nigdy nie było to. Po prostu mili z nich koledzy. Zaczynałam się obawiać, że nigdy się nie zakocham… Mam dopiero 16 lat i mam jeszcze czas na wielką miłość. Ale ci chłopcy byli naprawdę fantastyczni i w dodatku przystojni. A ja nic…. Wszystko, co do nich poczułam, to koleżeńska sympatia.
Kiedy już przejrzałam się w lustrze, rzuciłam się pędem na dół. Do ręki wzięłam granatowy płaszczyk, mimo, że było dość ciepło jak na listopad. Swoją drogą dziwne, że przenieśliśmy się tutaj w listopadzie, kiedy szkoła trwa już dobre dwa miesiące.
Poszłam, a raczej pobiegłam do garażu. Niestety, stwierdziłam, że koła od roweru nie są napompowane. Zaczęłam szukać pompki. Ale nie mogłam jej znaleźć. Było już za piętnaście ósma. Ostatnia szansa to bieg. Autobus miał się pojawić o 8:20. Czyli zostało mi 35 min. Ale zastanawiałam się, czy uda mi się pokonać
w tym czasie 5 kilometrów… gdybym cały czas biegła tym samym tempem, na pewno.
Ale tak się nie da – i wie to każdy. Słyszałam o drodze na skróty, prowadzącej przez las. Zmniejsza ona dystans o 2,5 km. Czyli musiałabym przebiec już tylko połowę i zdążyłabym na autobus. Tylko, że rodzice prosili mnie, żebym tam nie wchodziła. Ale  to tylko takie obawy dorosłych. Nie chciałam się spóźnić pierwszego dnia. Musiałam zaryzykować. Włosy związałam w kitkę i ruszyłam.

1 komentarz:

  1. Hej. Przeczytałam ten rozdział i muszę powiedzieć: że jest ok, tylko musisz pominąć niektóre momenty.Uważam, że jest tu parę niepotrzebnych kwestii, które wydłużają opowiadanie i po części zniechęcają do dalszego czytania. Ja przeczytałam całe i czekam na kolejną część. Polecę bloga znajomym i mam nadzieje, że moja opinia cię nie zraziła.

    OdpowiedzUsuń